Pokazywanie postów oznaczonych etykietą permakultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą permakultura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lipca 2017

Różane pomysły: marmolada i syrop


W tym roku obie róże, które sadziłam specjalnie z myślą o płatkowych przetworach - Versicolor/Rosa Mundi i Rose de Rescht, kwitną jak szalone i to wielkimi kwiatami. Aż żal by było z tego nie skorzystać, więc szperam w necie, w książkach i magazynach poszukując przepisów nie tyle ciekawych co zjadliwych 😋 Bo róże maja bardzo intensywny zapach, potrafią zdominować smak przetworu czy potrawy i mnie osobiście nie zawsze to odpowiada. Ostatnio pisalam tutaj o ucieranej po dawnemu róży, którą wszyscy w rodzinie uwielbiamy. Robiłam kilka dni temu dżemy truskawkowe i syrop truskawkowy na zimę i ten zapach truskawkowy słodki w myślach mi się połączył zgrabnie z zapachem róży. A że żal mi było wyrzucać wytłoków, które zostały po skończonej akcji "Syrop", zrobiłam z nim marmolade. I to było to! Rewelacyjny smak i odzyskany kolor, bo truskawki po oddaniu soku są mocno zmęczone i z czerwonych robią się takie...szarawe. Wcześniej były mieszane z cukrem i coś tam z niego jednak pozostaje, więc nie dodałam klasycznie 1:1 tylko 1:0.5 (na 1 część owoców pół części cukru).

Do przetworów nadaje się w zasadzie każda mocno pachnąca niepryskana róża, choć najlepsze są te stare odmiany.

MARMOLADA TRUSKAWKOWA z wytłoków po syropie

1kg owoców
1/2kg cukru
kilkanaście świeżych truskawek
1 szklanka płatków róży (około 8-10 kwiatów), usuwamy im białe koncówki. Może być każda mocno pachnąca niepryskana róża, choć najlepsze są te stare odmiany.

Owoce (już i tak mocno sflaczałe) rozgniatamy porządnie na gładko, ja użyłam tego czegoś do robienia puree ziemniaczanego. Świeże truskawki kroimy na ćwiartki. W garnku o grubym dnie mieszamy wszystkie owoce z cukrem, zagotowujemy - trzeba BARDZO uważać, żeby nie przypalić. Do gorącej marmolady wsypujemy płatki róży i podgrzewamy dalej przez około 5minut cały czas mieszając. Gorące pakujemy do słoiczków i zakręcamy. Gotowe 😍 Można dodawać do ciast biszkoptowych jako przełożenie jak w tortach, do babeczek, pączków czy wafli.


Z rozpędu różanego zrobiłam również niezwykle orzeźwiający różano-cytrynowy syrop. Można go dodawać do lemoniady, do drinków, czy po prostu do wody gazowanej.

SYROP RÓŻANO-CYTRYNOWY

płatki z 8 dużych kwiatów
2 cytryny 
1kg cukru
1litr wody
1 łyżeczka kwasku cytrynowego albo 1 łyżka soku z cytryny

Z wody i cukru zagotowujemy syrop i zostawiamy do ostygnięcia w garnku. Płatkom usuwamy białe końcówki, cytryny kroimy w plastry. Dodajemy do chłodnego już syropu razem z kwaskiem/sokiem z cytryny, przykrywamy pokrywką i pozostawiamy w spokoju na 12 godzin. Zagotowujemy ponownie, gotujemy 2minuty. Wyławiamy łyżką cedzakową cytryny i płatki, a gorący syrop nalewamy do butelek. Zakręcamy szczelnie i trzymamy w chłodnym miejscu.




Wyjątkowa dla mnie róża

W zeszłym roku obchodziliśmy 15tą rocznicę ślubu i szukałam wtedy czegoś specjalnego, co mogłabym posadzić z tej okazji, najchętniej różę powstałą w 2001 roku, roku naszego ślubu. Kiedy jednak znalazłam tę, wiedziałam że to NASZA róża. Według źródła róża Susan Williams-Ellis powstała w 2010 roku (wtedy to urodził się nasz Junior) jako sport The Mayflower, która to powstała... właśnie w 2001 roku! W jednym krzaczku upamiętniają się nasze dwie ważne daty, na dodatek różyczka jest ślubnie śnieżnobiała, przecudnie pachnie i długo trzyma się w wazonie 😊 A każdy jej kwiat z setką chyba płatków jest ideałem eleganckiej niemal porcelanowej angielskiej róży .

Moja różana pasja trwa zaledwie od kilku lat, wcześniej róże wydawały mi się nudne, oklepane, takie oczywiste. Im więcej o nich czytam, tym bardziej mnie intrygują. Szczególnie ukochałam angielskie róże Davida Austina, mam ich więcej 😃


środa, 28 czerwca 2017

Róża ucierana

Dzisiaj będzie o najsłodszym i najbardziej aromatycznym przysmaku jaki mogę sobie wyobrazić: płatkach róży ucieranych z cukrem. To coś, co niemal każdy kojarzy z "babcinym domem" mimo, że nie każdego babcia akurat ten przysmak przygotowywała. Moja chyba nie... pamiętam raczej, że ucierała poziomki z cukrem, albo po prostu zasypywała cukrem. Takie ucierane płatki to ciocia moja robi. Nie ma jednak dla mnie znaczenia kto to robił, znaczenie ma to, że i ja i mąż kojarzymy zapach róż ze spokojem, błogością, dzieciństwem i czymś niezwykle pysznym i na wyjątkowe okazje. A że w tym roku pogoda różom w końcu sprzyja, to i kwitną wielkimi kwiatami. Specjalnie do takich celów kulinarnych kupiłam trzy odmiany: Rosa Mundi/Versicolor (najstarsza znana odmiana), Rose de Recht i Rosaraie de l'Hay. Ta ostatnia miała tylko dwa kwiatki na razie, ale dwie poprzednie po prostu zaszalały! I nareszcie jest wystarczająco dużo płatków 😊 Jest jeszcze jedna rzecz, z jaką kojarzę płatki róż: spokój. Nie da się ich ucierać pospiesznie, mimo że nie powinno się zwlekać i od razu po zebraniu zabrać się do roboty. Jednak makutra i kulka mają w sobie coś, co wprowadza w spokojny rytm, niemal trans.

Nie sprawdzałam przepisów, zrobiłam z pamięci. Płatkom obcięłam białe końcówki, bo pamiętałam, że dają gorycz. Upchnęłam delikatnie w szklance i dałam tyle samo cukru.


Żeby się łatwiej ucierało dałam łyżeczkę soku z cytryny. I ucierałam około 10minut. Potem przez chwilkę ucierał Junior, a potem mężu jeszcze kilka minut. Masa była nadal za sucha, więc dodałam kilka poziomek i to było to! Po chwili miałam gęstą cukrową masę pachnącą nieziemsko 😄


 Zapakowałam do maluśkich słoiczków... ze szklanki płatków i szklanki cukru wychodzi w zasadzie szklanka pychoty 😊


Rose de Recht  po lewej, Rosa Mundi/Versicolor po prawej
  

wtorek, 27 czerwca 2017

Kaczy patrol


Ślimaki bezskorupowe doprowadziły mnie do granic wytrzymałości psychicznej, sięgnęłam więc po tajną broń... Poznajcie Balbinę (ta z ciemną głową, mocno zestresowana)  i Zenulę (jasnobrazowa i spokojna niczym Zen). To nasz nowy Patrol Ślimakowy zwarty i gotowy, dwa biegusy indyjskie 😁 Przyjechały z nami spod Warszawy, z tego samego miejsca co Mruczka, nasza pierwsza kotka, i zamieszkały w dawnym domku zabaw Juniora. Chłopaki dzielnie przerabiali go dwa dni wstawiając w okienka metalową siatkę i dorabiając podłogę (zabezpieczenia antylisowe i antykunowe). Jesienią domek wyląduje w stodole, a na razie stoi w cieniu drzew obok kompostownika.

Miałam plan, że będą sobie dziewczyny spokojnie łazić po podwórku, a jak będzie potrzeba to je dam do warzywnika, który odgrodzony jest tzw leśną siatką, coby się tam nam pies nie panoszył. Jednak Lotka dziś po ich wypuszczeniu natychmiast zagoniła je do warzywnika - się okazało, że biegusy są cienkie i jak pingwinki pod wodą tak one nurkują bez problemu w oka takiej siatki i w ułamku sekundy są po drugiej stronie, w warzywniku! Tam zrobiły sobie kwaterę główną w kręgu brzózek pod huśtawką gdzie pozostały w przestrachu przed Lotką cały dzień robiąc krótkie wypady wgłąb warzywnika. A koty dopiero je zwąchały,  więc zobaczymy co będzie 😊


niedziela, 18 czerwca 2017

Post ślimakowy

Jak już większość z Was wie jestem weteranką walk z gołymi ślimakami. Tymi oślizgłymi, bez domków. Wypróbowałam już chyba wszystkie typowe i mniej typowe sposoby. Z wyjątkiem najczęściej polecanego, czyli posypywania drani solą, bo mimo całej mojej na nie złości i odrazy jaką we mnie budzą wydaje mi się ten sposób nieludzki. Moje ślimaki są abstynentami, coli nie lubią,  specjalistyczne eko-środki kupne omijają chichocąc pod czułkami, po popiele drzewnym czy trawie spod kosiarki ślizgają się aż się świeci, jak tylko toto lekko namoknie (a wystarczy jedna górska noc!). Ostatnio usłyszałam o podsypywaniu roślin fusami po kawie. Podsypuję, nie zaszkodzi, a może im życie utrudni.
Na razie efektów spektakularnych nie widzę, więc wytrwale codziennie rano i wieczorem, a kiedy pada to i częściej, idę na "ślimaczy patrol". Kłaniam się grządkom i zbieram ślizgacze do słoika. Wynoszę potem na łąkę za płot zakładając, że zanim ślimak pokona te powrotne kilkanaście metrów to skończy mu się siła bądź jego mokre życie dobiegnie końca. A może dopadnie go jakiś jeż czy inny padalec (zanim nie zje tegoż moja kotka). Czasami mi się już po ciemku nie chce i zostawiam taki słoiczek dnem do góry na trawniku, a rano okazuje się, że część ślimaków ma zdolności filtrowania się przez szkło i bezczelnie znikła, a część po prostu zdechła.
Jako że jednak nie mogę być w ogrodzie nieustannie, szczególnie nocą, a nocą ludek ślimaczy najaktywniejszym jest i największe szkody czyni, okrywam co większe przysmaki słoiczkami i połówkami plastikowych butli. Fasola tyczna, cukinie, kabaczki i ogórki potrafią dosłownie zniknąć tuż po wykiełkowaniu, albo nie zdążają nawet wykiełkować jeśli ich nie ochronię. Posadzone z rozsady spotyka ten sam los. Zatem idąc na patrol wieczorem każdą sadzoneczkę czy sieweczkę przykrywam słoikiem, a rano odkrywam. Tak długo aż łodyżki im nie stwardnieją, albo nie podrosną na tyle, ze się już w słoikach nie mieszczą. Wtedy też przestają smakować ślimakom. Ogród w tym czasie wygląda nieco marsjańsko, ale ja przynajmniej mogę spać spokojniej :D

Po lewej cukinie i kabaczki pod butlami plastikowymi, po prawej ogórek pod słoikiem 0,54l. Nie ma znaczenia, ze nie ma dostępu powietrza, ani nie trzeba się obawiać, że się zaparzą, bo po pierwszena dzień zdejmuję, po drugie u nas na 650mnpm noce nawet latem są po prostu chłodne. Nawet dobrze im takie szklarenkowanie robi, bo bywa, że temperatura nawet teraz w czerwcu spada nocą do10C, a ogórki czy cukinie wolą ciepełko...

pod tą kopułką kiełkuje dynia piżmowa.

cukinia Atena Polka, na tyle duża, że można ją bezpiecznie pozostawić bez okrycia na noc.

czwartek, 15 czerwca 2017

Nie-winnie jeszcze

Trzy lata temu kupiłam dwie sadzonki winorośli. Baaaardzo długo wybierałam, żeby pasowały do naszego trudnego górskiego klimatu, zimnych zim, żeby jedna miała owoce jasne, a druga ciemne. Miały być deserowe, słodkie. Zamawiam zwykle przez internet, mam już swoje ulubione sklepy, ukochanych dostawców. Tym razem był to jeden z tych momentów, który w końcu sprawił, że dany sklep ulubionym już nie jest. Najpierw się okazało, że jednej odmiany nie ma, ale mogą podmienić inną, podobną. Potem jak już przyjechały, to etykietki nie były na roślinach bo najwyraźniej odpadły w transporcie, więc i tak nie wiem, która jest która. Po posadzeniu pierwszej zimy jedna sadzonka prawie zamarzła, a kolejnego lata ukochały ją sobie szczypawki i poodcinały większość liści. Tej wystartowała bardzo powoli, myślałam, że już z niej nic nie będzie, za to druga ruszyła jak szalona. Trzeba było zdecydować, i to szybko, na czym ją rozpiąć. I moje chłopaki podjęli wyzwanie i popełnili praktyczną formę drewniano-drutową, jak w winnicy jakiej :D Teraz muszę się pouczyć nieco o prowadzeniu winorośli. Ale najpierw niech choć jeden owocek zobaczę ;)

z prawej widać tę bidę co ledwo przetrwała


wtorek, 25 kwietnia 2017

Zima w natarciu

Nie chce odpuścić...jak zaczęło sypać ponad dwa tygodnie temu tak przestało dopiero wczoraj. Wielkanoc była biała, miejscami nawiało nawet pół metra! Schowały się pod śniegiem tulipany botaniczne, pierwiosnki i sasanki, przykryło kołderką ledwo co posadzoną dymkę... oraz tunel foliowy! O groch czy bób to się nie martwiłam, one zawsze dają radę, ale w tunelu posiałam sałatę, rzodkiewkę i ciepłolubną ponoć rukolę. "Ponoć" to w tym przypadku kluczowe słowo ;) Tunel odwiedziłam w największą zawieję i ku mej radości zobaczyłam wszystko pięknie kiełkujące :D




W warzywniku nawet spod śniegu wałów nie było widać, na pierwszym planie ukrywał sie ponadtrzydziestocentymetrowy jarmuż! Najzabawniejsze jest to, że wczoraj spod topniejącego w końcu śniegu wyjrzała... rukola! Ta ciepłolubna "ponoć" panienka dała radę :)

piątek, 7 kwietnia 2017

Pierwsze siewy

Już kolejny rok jak po marcowych ciepłych dniach nastają nagłe ochłodzenia. Ziemia już na dobre rozmarzła, chwasty ruszyły ze swoim planem zachwaszczenia świata, znaczy można ruszyć znów z pracami ziemnymi w ogrodzie. Zwykle staram się przed zapowiadanymi sniegami wysiać bób i groch. Z powodów dla mnie niezrozumiałych lubią sobie one pomarznąć, stają się ponoć bardziej wytrzymałe na ataki mszyc i dają lepszy plon. Jako, że nie udało mi się dotąd przeprowadzić porządnego doświadczenia z grupą kontrolną itd to mogę tylko wierzyć, że to prawda. Mszyce w poprzednich sezonach były, czy było ich MNIEJ niż gdybym siała w późniejszym terminie to nie wiem, ale wiem, że bób mój owocował nieco wcześniej niż sąsiadce, która siała później (logiczne) i to mnie cieszy, bo w naszych górach rzadko co mamy wcześniej. No chyba, że śnieg. W tym roku na zagonie zewnetrznym (za siatką, a nie w głównym ogrodzie) będą sobie w uprawie współrzędnej rosły bób Windsor Biały (500g w dwóch rzędach na ok 13m zagonie) i ziemniaki, które posadzę już zgodni z tutejszą tradycja. Znaczy podpatrzę sąsiadkę ;)


 Udało nam się też postawić już tunel foliowy. Na zagonach, gdzie w zeszłym roku na surowej ziemi położyliśmy kartony, obornik, siano i kompost rosły pomidory. W tym roku po delikatnym motyczkowaniu mam piękne podłoże w sam raz na sałatę, rzodkiewkę i rukolę, które już posiałam. W maju będzie tu rosła dynia piżmowa po dołożeniu warstwy rozłozonego obornika.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Brzozowe witaminy

W tym roku spróbowałam, bo się tyle nasłuchałam, że zdrowe, napakowane witaminami i inna dobrocią wszelaką. A że własne brzozy w ogrodzie mam, to głupio tak jakoś nie spróbować ;) Smak... żaden specjalny. Coś jak woda, która słyszała o miodzie, ale dawno temu smak się jej wypłukał. Mimo to na zimno wyjątkowo ożeźwiające toto jest. O metodach wielu pozyskiwania soku brzozowego czytałam i wybrałam tę, która mi się wydała najmniej ingerująca w jestestwo drzewa: po prostu przycięcie gałęzi. A gałęzi kilka i tak do przycięcia było. Na daną gałąź nasadziłam butelkę, podwiązałam na gałęzi powyżej, żeby w razie wiatru nie spadła (a u nas to wiać potrafi. Z jednej gałązki w kilka godzin mieliśmy 3/4 butelki,  z drugiej nie chciało lecieć aż tak szybko, ale co było to się z radością wypiło :) Sześcioletni Junior kwiczał z radości mogąc pić sok prosto od brzozy! Skończyło kapać jak rozwinęły się mocniej pąki liściowe, w sumie ponad tydzień radości mieliśmy z jednej brzozy :)





środa, 28 września 2016

Pigwowcowy urodzaj

W zeszłym roku z moich niewielkich dwóch krzaczków zebraliśmy ponad 10kg owoców. Były dość drobne i parchate, ale i tak powstała z nich nalewka dla dwóch rodzin, konfitury i syropy i jeszcze 2kg oddałam sąsiadce bo już nie chciało mi się kroić tego twardzioszka. Jesienią podsypałam oba krzaki hojnie obornikiem i w tym roku owoce są sporo większe - niektóre "jabłuszka" są wielkości sporych brzoskwiń, a tych parchatych jest bardzo niewiele. Pierwsze owocki (około pół kilograma) zebraliśmy z początkiem września, ale jeszcze były zielonkawe i twarde więc poszły tylko na syrop. Dwa tygodnie później złote słoneczka były już na tyle aromatyczne, że po wykorzystaniu na syrop wylądowały w dżemie i właśnie to jest dla mnie oznaką pełnej dojrzałości pigwowca :) Owoce takie nie tylko są żółte, nawet z czerwonym rumieńcem i pachną już z daleka w słoneczny dzień, ale dają sie łatwo zdjąć z gałązki, w zasadzie same wpadają w dłoń pod lekkim naciskiem palca.

Poniżej podaję przepisy na to co ja z pigwowcem robię :)




SYROP PIGWOWCOWY

- owoce pigwowca
- cukier jak niżej

Owocki ciacham na ćwiartki i wyjmuję pestki, nie bawiąc się w usuwanie białej błonki jak radzi wiele źródeł. W robocie kuchennym, albo z pomocą cierpliwych przyjaciół bądź męża, rozdrabniam na kawałki wielkości ziarnka grochu. Po wsypaniu do słoika zasypuję taką samą objętościowo ilością cukru i odstawiam co najmniej na noc. Powstały syrop zlewam do butelek zachowując owoce na potem (patrz niżej), szczelnie zakręcam i trzymam w piwnicy. Jako że do tej pory wypijaliśmy zawartość butelek najpóźniej do końca stycznia nie widzę potrzeby pasteryzowania :) Zwykle większą ilość produkuję przez kilka dni napełniając sukcesywnie butelki, bo po pociachaniu kilograma wymiękam ;)

DŻEM PIGWOWCOWY Z ODZYSKU

- owoce z poprzedniego przepisu po odlaniu syropu
- odrobina wody
- cukier do smaku (dla lubiących sztywne dżemy dobry jest cukier żelujący 1:1)

Owoce z resztkami syropu dajemy do garnka o grubym dnie albo stawiamy garnek na metalowej podkładce, a nie bezpośrednio na palnik, bo ten dżem lubi się przypalać. Podlewamy wodą tyle tylko by była na dnie garnka. Przykładowo: jeśli do syropu użyłam 1kg owoców, dodam teraz pół szklanki wody. Zagotowujemy i gotujemy pod przykryciem na maleńkim ogniu 30-40min mieszając od czasu do czasu. Owoce muszą się rozgotować inaczej będą twarde. Dodajemy cukru (pamiętając, że wcześniej owoce były zasypane cukrem więc są już dość słodkie). Gorący dżem nakładamy do słoiczków, zakręcamy szczelnie i już :) Naturalne pektyny pigwowca zadbają by dżem był dość gęsty. Jeśli jednak chcemy użyć cukru żelującego musimy przed jego dodaniem dżem wystudzić, najlepiej przez noc. Dodać do smaku, dobrze wymieszać i zagotować. Słoiczkować gorący.

KONFITURA PIGWOWCOWA

1kg owoców
1/4szkl wody
1 kg cukru

Owoce wypestkować i pokroić/posiekać. Wrzucić do grubodennego garnka, dodać wodę i zagotować. Gotować pod przykryciem około 40minut na maleńkim ogniu.Owoce mają być miękkie, szkliste ale nie rozciapane. Dodać cukier, i gotować mieszając aż do pełnego rozpuszczenia. Słoiczkować gorące :)

PS Przetwory z pigwowca przez pierwszy rok mają piękny złotożółty kolor, z czasem zaczynają zmieniać go na czerwonobordowy. Nie wpływa to zupełnie na ich smak!

czwartek, 15 września 2016

Obok

Ze złamaną prawą ręka praworęcznemu ciężko w wielu momentach. W ogrodzie szczególnie niełatwo, bo tyle do zrobienia, a po prostu się nie da bądź nie wolno. Jestem więc tak troszkę obok, przypatruję się, chłonę, doświadczam. I jestem wdzięczna za Pomocników :)







środa, 17 sierpnia 2016

Samowystarczalni

Do tego dążymy, o tym marzymy, dziś spełniło się podczas obiadu: calutki pochodził z ogrodu :D Placki ziemniaczane z naszych, świeżutko co wykopanych ziemniaków z ziołami z zielnika (szczypiorek, cząber, hyzop, cebulka też), fasolka szparagowa, ogórki małosolne z naszych ogóreczkow i cała surówka - sałata, nasturcja, cebulka, tymianek cytrynowy, nawet pomidory!!!








niedziela, 7 sierpnia 2016

Lipcowe zbiory

W lipcu zbierałam nie tylko w ogrodzie :) Z jednej z wycieczek w góry przyniosłam bukiet dziurawca, który został użyty na cztery sposoby: w zdrowotnej nalewce na białym winie (słój po lewej), w alkoholowym wyciągu (butelka po prawej),  w oleju słonecznikowym oraz w wieloziołowej nalewce na czerwonym winie. Dziurawiec ma tyle zastosowań, że odsyłam tutaj do lektury :)



Z ogrodu za to zbiory były różnorodne, od czosnku począwszy 




poprzez pierwsze ziemniaczki wykopane przypadkiem z wału Młodego w czasie usuwania grochu, czy pierwsze marchewki o zabawnych kształtach.



Zaczęły się już też w lipcu fasolka szparagowa


 i pierwsza dynia Bambino. Kolejna zebrana dwa tygodnie później ważyła już 3.30kg! Kolejne rosną.


Największą chyba radochę sprawiają nam wciąż wszystkie te rośliny, z których robimy prawie codziennie kolorowe sałatki i surówki. Szpinak wiosenny już się skończył, ale nowozelandzki będzie już za chwilę, rośnie kolejna partia rukoli, jest sałata listkowa zielona, a kolorowe odmiany wysiałam kilka dni temu i już ładnie wschodzą, liście buraka, nagietki, ogórecznik, nasturcja, tymianki w trzech odmianach, oregano... Ogórki się właśnie zaczęły, a pomidorki nabierają kolorów :)






sobota, 6 sierpnia 2016

Lipcowe prace

Skończył się lipiec, a że było gorąco w sensie temperatury i zajętości czasowej (nie tylko w ogrodzie), to jakoś nie było kiedy tu zajrzeć. Króciutko zatem co się u nas działo :)

Był groch, nie ma grochu! Mieliśmy w tym roku trzy odmiany: Sześciotygodniowy, Telefon i Iłówiecki i z całą stanowczością stwierdzam, że ten pierwszy jest najlepszy, a tych dwóch pozostałych widzieć już u siebie nie chcę. Sześciotygodniowy kiełkuje równomiernie, w zasadzie wszystkie nasiona, pięknie plonuje i ma pyszne nasiona, które zjadane były na bieżąco prosto ze strąka. Telefon musiałam dosiewać dwukrotnie, tak marnie wschodził, do tego plonowanie marne, dłuuugo trzeba było czekać na kwiaty, na dodatek prawie każdy strąk był robaczywy. Iłówiecki wzeszedł ostatni (siane były wszystkie tego samego dnia), i o ile kwitł jak wariat to strąki miał bardzo małe, ciężko się otwierały i bardzo szybko żółkły. Wszystkie grochy po uprzątnięciu zostawiły bardzo ładne zagony i wsiana w nie została po raz ostatni (27 lipca) fasolka szparagowa żółta Elektra.

Poniżej sprzątanie zagonów - odwiązywanie łętów, wyjmowanie tyczek i zwijanie sznurka (Młody) oraz wał przed i po (widoczna w końcu wsiana w maju kukurydza).








Uprzątnięty został też bób. Nie wyrywałam go, ale ścinałam tuż nad ziemią, żeby korzenie zostały w ziemi. Bardzo dobrze ją spulchniają i są świetnym nawozem zielonym. Łęty posłużyły jako ściółka pod cukinie. W tym roku nie było wielkiego zbioru, bo mnóstwo kwiatów i małych zawiązków strącił grad, ale i tak radocha z łuskania była :)




Kolejną pracą było przycinanie truskawek. Przeczytałam gdzieś, że jak tylko skończą owocowanie dobrze jest im uciąć liście, bo dzięki temu zawiążą więcej kwiatów na przyszły rok. Przekonam się za rok, a na razie i tak stwierdziłam, że jest to dobry pomysł, bo o wiele łatwiej jest usunąć wszystkie rozłogi jak nie trzeba ich szukać pod liśćmi. Przy okazji uzupełniłam ściółkę na wale grubą warstwą suchego siana.


Ostatnią pracą było zamontowanie kolejnych tyczek na fasolę. Na tak zwanym wale ogórkowym mam w tym roku w poziomie ogórki i nagietki, a w pionie trzy odmiany fasoli: wielokwiatową, Jasia i z czarnym oczkiem (albo czarnym orzełkiem) i już potrzebowały wsparcia :)