czwartek, 6 stycznia 2022

Marchewkowa radocha

Dwa dni temu, kiedy to poszłam szorować szklarnię, mijałam miejsce które jesienią zryly mi jelenie (przewaliły siatkę leśną opierającą się na zbutwialych już palikach). Marchew poczuły i zeżarły wtedy myślałam, że wszystko. Przyglądam się ja temu stratowanemu miejscu, a tam jak najbardziej marchewki! Wdeptane głębiej w ziemię przez te kopytne potwory, ale zdrowe i ładne. Zebrałam parę kilo 🤩 

Po umyciu nawet nie trzeba ich obierać, są w całości słodkie i bardzo chrupiące. Z tych najmniejszych zrobię nam zapiekany przysmak w miodzie, soku pomarańczowym i z rozmarynem 💚🌿

A dzisiaj przyszło zapowiadane ochłodzenie i mamy porządną zamieć! 


wtorek, 4 stycznia 2022

Porządki noworoczne

 


Jak się rzekło wczoraj, tak się umyło szklarenkę dzisiaj. Aż lśni! Niestety nieco glonów na szybach było, moja wina bo nie wietrzyłam późną jesienią, ale na szczęście żadnej pleśni. Najpierw wyszorowałam zwykłym płynem do okien (najzwyklejszym na bazie octu), potem wodą z sodą oczyszczoną i porządnie zlałam wodą deszczową z beczki. Używam tego co mam pod ręką, a że wodę bieżącą mam w domu odległym jakieś 70m i musiałabym targać w konewkach pod górę, to uznałam, że ta co mam będzie najlepsza. 
Sodą wyszorowałam również drewnianą półeczkę. Nie chcę używać żadnych mocnych czyszczących środków chemicznych, wierzę że na potrzeby mojej małej przestrzeni to wystarczy, żeby rośliny były zdrowe w kolejnym sezonie. 

Uzupełniłam też liście w skrzyniach, a na nie wylałam wodę z beczki gdzie latem była "pokrzywówka" czyli gnojowica z pokrzyw. Nieźle ta woda śmierdziała, a na dole było jeszcze sporo resztek roślinnych, to akurat pasowało do warstwy liściowej.
Tam gdzie jest ziemia spod ogniska posiałam rzodkiewkę, sałatę listkową i rukolę. W tej chwili mimo otwartego okna jest 10C, więc w sam raz :) Nawet jeśli na zewnątrz temperatura spadnie, to w samych skrzyniach utrzymuje się zazwyczaj powyżej zera. Teraz jestem ciekawa kiedy wzejdą. W zeszłym roku zabrałam się do tego za późno, wysiewałam dopiero w kwietniu i już bywało w szklarence na tyle gorąco, że wcale rzodkiewkom dobrze nie było, A szpinak nie chciał rosnąć wcale, mimo że wykiełkował ładnie. 


poniedziałek, 3 stycznia 2022

Nowy Rok

Bardzo dawno mnie tu nie było, aż dziwne. Ale skoro Nowy Rok, to od nowa będzie i tu. Przyznam, że wciąż jestem w stanie ogólnonoworocznym próbując się odnaleźć i nie zagubić w tym co jest. Nie robię postanowień, skłaniam się tym razem ku intencjom i planom. Jeszcze formułuję. Dziś czując, że nów jest moją nową siłą, choć pogoda bardzo nie sprzyjała poczuciu siły, ruszyłam na ratunek szklarence. Pomidory nie uprzątnięte jesienią na czas zeschły i niestety zapleśniały nieco, bo kiedy był śnieg nie wietrzyłam szklarenki. A pomidory zbieraliśmy długo, aż do początków listopada, co mnie bardzo zaskoczyło, bo miałam tym razem głównie włoskie odmiany (cudowna jest San Marzano!) i nie spodziewałam się po nich tak długiego i obfitego plonowania. 
I tak jakoś zeszło około 3 godzin na porządkowaniu, wożeniu liści i ziemi. Liście mokre zgrabiłam spod moich brzóz i kasztanowca. Mam bardzo słabą glebę, kompost powstaje u mnie powoli, a nie chcę wydawać pieniędzy na ziemię w workach, więc korzystam z tego co mam. Ponoć ziemia liściowa to cudowna rzecz. W zeszłym roku miałam mnóstwo siana, w tym mam mnóstwo liści. Na wierzch pójdzie później 5-10cm kompostu, a w to w końcu maja pomidory.  Jedna skrzynka tylko jest pod zasiew już, do niej wczesną jesienią i teraz dałam ziemi spod ogniska. Zobaczymy jak w niej się zachowa rzodkiewka, sałata i rukola. 
Alkatrasy szczęśliwe, bo się im dostało pomidorowych resztek oraz gwiazdnicy znalezionej po drodze na zagonach. Ach, wy nie wiecie, że mam kurki! Napiszę wam o nich, bo są warte osobnego wpisu. Mają ksywę Alkatrasy. 

Szklarenka wymaga już tylko wymycia - jutro - i można siać! Uważam trening noworoczny za rozpoczęty!



 

sobota, 1 lipca 2017

Różane pomysły: marmolada i syrop


W tym roku obie róże, które sadziłam specjalnie z myślą o płatkowych przetworach - Versicolor/Rosa Mundi i Rose de Rescht, kwitną jak szalone i to wielkimi kwiatami. Aż żal by było z tego nie skorzystać, więc szperam w necie, w książkach i magazynach poszukując przepisów nie tyle ciekawych co zjadliwych 😋 Bo róże maja bardzo intensywny zapach, potrafią zdominować smak przetworu czy potrawy i mnie osobiście nie zawsze to odpowiada. Ostatnio pisalam tutaj o ucieranej po dawnemu róży, którą wszyscy w rodzinie uwielbiamy. Robiłam kilka dni temu dżemy truskawkowe i syrop truskawkowy na zimę i ten zapach truskawkowy słodki w myślach mi się połączył zgrabnie z zapachem róży. A że żal mi było wyrzucać wytłoków, które zostały po skończonej akcji "Syrop", zrobiłam z nim marmolade. I to było to! Rewelacyjny smak i odzyskany kolor, bo truskawki po oddaniu soku są mocno zmęczone i z czerwonych robią się takie...szarawe. Wcześniej były mieszane z cukrem i coś tam z niego jednak pozostaje, więc nie dodałam klasycznie 1:1 tylko 1:0.5 (na 1 część owoców pół części cukru).

Do przetworów nadaje się w zasadzie każda mocno pachnąca niepryskana róża, choć najlepsze są te stare odmiany.

MARMOLADA TRUSKAWKOWA z wytłoków po syropie

1kg owoców
1/2kg cukru
kilkanaście świeżych truskawek
1 szklanka płatków róży (około 8-10 kwiatów), usuwamy im białe koncówki. Może być każda mocno pachnąca niepryskana róża, choć najlepsze są te stare odmiany.

Owoce (już i tak mocno sflaczałe) rozgniatamy porządnie na gładko, ja użyłam tego czegoś do robienia puree ziemniaczanego. Świeże truskawki kroimy na ćwiartki. W garnku o grubym dnie mieszamy wszystkie owoce z cukrem, zagotowujemy - trzeba BARDZO uważać, żeby nie przypalić. Do gorącej marmolady wsypujemy płatki róży i podgrzewamy dalej przez około 5minut cały czas mieszając. Gorące pakujemy do słoiczków i zakręcamy. Gotowe 😍 Można dodawać do ciast biszkoptowych jako przełożenie jak w tortach, do babeczek, pączków czy wafli.


Z rozpędu różanego zrobiłam również niezwykle orzeźwiający różano-cytrynowy syrop. Można go dodawać do lemoniady, do drinków, czy po prostu do wody gazowanej.

SYROP RÓŻANO-CYTRYNOWY

płatki z 8 dużych kwiatów
2 cytryny 
1kg cukru
1litr wody
1 łyżeczka kwasku cytrynowego albo 1 łyżka soku z cytryny

Z wody i cukru zagotowujemy syrop i zostawiamy do ostygnięcia w garnku. Płatkom usuwamy białe końcówki, cytryny kroimy w plastry. Dodajemy do chłodnego już syropu razem z kwaskiem/sokiem z cytryny, przykrywamy pokrywką i pozostawiamy w spokoju na 12 godzin. Zagotowujemy ponownie, gotujemy 2minuty. Wyławiamy łyżką cedzakową cytryny i płatki, a gorący syrop nalewamy do butelek. Zakręcamy szczelnie i trzymamy w chłodnym miejscu.




Wyjątkowa dla mnie róża

W zeszłym roku obchodziliśmy 15tą rocznicę ślubu i szukałam wtedy czegoś specjalnego, co mogłabym posadzić z tej okazji, najchętniej różę powstałą w 2001 roku, roku naszego ślubu. Kiedy jednak znalazłam tę, wiedziałam że to NASZA róża. Według źródła róża Susan Williams-Ellis powstała w 2010 roku (wtedy to urodził się nasz Junior) jako sport The Mayflower, która to powstała... właśnie w 2001 roku! W jednym krzaczku upamiętniają się nasze dwie ważne daty, na dodatek różyczka jest ślubnie śnieżnobiała, przecudnie pachnie i długo trzyma się w wazonie 😊 A każdy jej kwiat z setką chyba płatków jest ideałem eleganckiej niemal porcelanowej angielskiej róży .

Moja różana pasja trwa zaledwie od kilku lat, wcześniej róże wydawały mi się nudne, oklepane, takie oczywiste. Im więcej o nich czytam, tym bardziej mnie intrygują. Szczególnie ukochałam angielskie róże Davida Austina, mam ich więcej 😃


środa, 28 czerwca 2017

Róża ucierana

Dzisiaj będzie o najsłodszym i najbardziej aromatycznym przysmaku jaki mogę sobie wyobrazić: płatkach róży ucieranych z cukrem. To coś, co niemal każdy kojarzy z "babcinym domem" mimo, że nie każdego babcia akurat ten przysmak przygotowywała. Moja chyba nie... pamiętam raczej, że ucierała poziomki z cukrem, albo po prostu zasypywała cukrem. Takie ucierane płatki to ciocia moja robi. Nie ma jednak dla mnie znaczenia kto to robił, znaczenie ma to, że i ja i mąż kojarzymy zapach róż ze spokojem, błogością, dzieciństwem i czymś niezwykle pysznym i na wyjątkowe okazje. A że w tym roku pogoda różom w końcu sprzyja, to i kwitną wielkimi kwiatami. Specjalnie do takich celów kulinarnych kupiłam trzy odmiany: Rosa Mundi/Versicolor (najstarsza znana odmiana), Rose de Recht i Rosaraie de l'Hay. Ta ostatnia miała tylko dwa kwiatki na razie, ale dwie poprzednie po prostu zaszalały! I nareszcie jest wystarczająco dużo płatków 😊 Jest jeszcze jedna rzecz, z jaką kojarzę płatki róż: spokój. Nie da się ich ucierać pospiesznie, mimo że nie powinno się zwlekać i od razu po zebraniu zabrać się do roboty. Jednak makutra i kulka mają w sobie coś, co wprowadza w spokojny rytm, niemal trans.

Nie sprawdzałam przepisów, zrobiłam z pamięci. Płatkom obcięłam białe końcówki, bo pamiętałam, że dają gorycz. Upchnęłam delikatnie w szklance i dałam tyle samo cukru.


Żeby się łatwiej ucierało dałam łyżeczkę soku z cytryny. I ucierałam około 10minut. Potem przez chwilkę ucierał Junior, a potem mężu jeszcze kilka minut. Masa była nadal za sucha, więc dodałam kilka poziomek i to było to! Po chwili miałam gęstą cukrową masę pachnącą nieziemsko 😄


 Zapakowałam do maluśkich słoiczków... ze szklanki płatków i szklanki cukru wychodzi w zasadzie szklanka pychoty 😊


Rose de Recht  po lewej, Rosa Mundi/Versicolor po prawej
  

wtorek, 27 czerwca 2017

Kaczy patrol


Ślimaki bezskorupowe doprowadziły mnie do granic wytrzymałości psychicznej, sięgnęłam więc po tajną broń... Poznajcie Balbinę (ta z ciemną głową, mocno zestresowana)  i Zenulę (jasnobrazowa i spokojna niczym Zen). To nasz nowy Patrol Ślimakowy zwarty i gotowy, dwa biegusy indyjskie 😁 Przyjechały z nami spod Warszawy, z tego samego miejsca co Mruczka, nasza pierwsza kotka, i zamieszkały w dawnym domku zabaw Juniora. Chłopaki dzielnie przerabiali go dwa dni wstawiając w okienka metalową siatkę i dorabiając podłogę (zabezpieczenia antylisowe i antykunowe). Jesienią domek wyląduje w stodole, a na razie stoi w cieniu drzew obok kompostownika.

Miałam plan, że będą sobie dziewczyny spokojnie łazić po podwórku, a jak będzie potrzeba to je dam do warzywnika, który odgrodzony jest tzw leśną siatką, coby się tam nam pies nie panoszył. Jednak Lotka dziś po ich wypuszczeniu natychmiast zagoniła je do warzywnika - się okazało, że biegusy są cienkie i jak pingwinki pod wodą tak one nurkują bez problemu w oka takiej siatki i w ułamku sekundy są po drugiej stronie, w warzywniku! Tam zrobiły sobie kwaterę główną w kręgu brzózek pod huśtawką gdzie pozostały w przestrachu przed Lotką cały dzień robiąc krótkie wypady wgłąb warzywnika. A koty dopiero je zwąchały,  więc zobaczymy co będzie 😊